Dwie stówy z Wrocławia do Rybnika

Sobotni poranek.Wstaję zbyt późno.Do podsiodłówki pakuję cywilne buty, krótkie spodnie, bieliznę, jakąś koszulkę, bieliznę do spania, kąpielówki, rękawki.Do leniwca pod rurką pakuję statyw i powerbanka wraz z kabelkiem.Na kierownicę zakładam telefon w którym odpalam aplikację mapy.cz mającą zapewniać mi orientację w terenie.Zapinając torby do roweru w ostatnim momencie zostawiam w garażu kamerę i oprzyrządowanie – nie mam ochoty na kręcenie filmu, zdaję też sobie sprawę, że wysoka temperatura i duża wilgotność powietrza będzie na trasie moim największym przeciwnikiem, skutecznie zniechęcając do tracenia czasu na kręcenie filmu.Jest to mój pierwszy dłuższy wyjazd rowerem od bardzo dawna: przez zimę i wczesną wiosnę walczyłem skutecznie z reumatoidalnym zapaleniem stawów a jak już zacząłem jeździć, to 5 czerwca przeleciałem przez samochód wymuszający pierwszeństwo w efekcie miesiąc czasu chodząc o kulach.Od kraksy minęły dwa miesiące czas więc na konkretną wycieczkę.

Jest 9:30 gdy wyruszam.Przez Wrocław przelatuję szutrowymi wałami, aby wpaść na asfalt drogi rowerowej obwodnicy wschodniej z której zjeżdżam na drogę gruntową prowadzącą do Kotowic.W lesie przy okazji wykonywania pierwszego zdjęcia orientuję się, że w aparacie nie ma karty pamięci.Drogami bocznymi trasą szlaku Greenway Szlak Odry dojeżdżam do Oławy w której zjeżdżam do centrum miasta, aby w salonie jednej z sieci telefonii komórkowej zakupić kartę pamięci do aparatu.Wracam na Szlak Odry i przez Ścinawę asfaltem 3 kategorii dobijam do gruntowej drogi polnej, którą ciągnę do Brzegu.We wsi Lipki zmuszony jestem jechać chodnikiem, bo lepsze to niż znienawidzona niemiecka kostka brukowa.Po drodze rozciągają się wspaniałe nadodrzańskie krajobrazy.W Brzegu stwierdzam, że Armia Czerwona podczas wyzwalania tego miasta musiała użyć bomby atomowej o tak dużej sile rażenia, że miasto do dzisiaj nie podniosło się z gruzów.Uciekam stąd czym prędzej szlakiem Greenway i w miejscowości Kopanie niepotrzebnie zjeżdżam z niego, kierując się pustym asfaltem do Łosiowa, by kilka kilometrów pociągnąć krajową 94ką na której kierowcy kulturalnie mijają mnie szerokim łukiem.W Lewinie Brzeskim na stacji Orlenu zapodaję espresso i syntetycznego rogalika z nadzieniem czekoladowym podczas konsumpcji wspominając nauczycielkę chemii z podstawówki.Dotankowuję również płyn napędowy w postaci coli oraz niebieskiego izotonika, wychwalając raz jeszcze pod niebiosa wszystkich chemików świata.Niestety popełniam błąd – czekając na zapełnienie kubka kawą, nurzam się pod kasetonem klimatyzacyjnym w nawiewie lodowatego powietrza.Na dworze jest około 32 stopni Celsjusza i bardzo wysoka wilgotność, zgrzany i spocony kark dostaje ziemnego kopa – w poniedziałek pojawi się stan zapalny skutecznie kłując szyję bólem aż do soboty.

Z Lewina jadę bocznym, nowym asfaltem aż do Lipowej, aby tam zanurzyć się Borach Niemodlińskich gnając w miarę równą leśną drogą gruntową.Z lasu wypadam w miejscowości Dąbrowa czując, że właśnie zaliczam potężny kryzys.Temperatura 32 stopnie i wysoka wilgotność a właściwie totalna parówa i zaduch sprawiają, że potrzebuję około 20 minut na totalną regenerację.Rozkładam się (dosłownie) na ławkach pod solidną wiatą miejscowego nadleśnictwa (50.6822925N, 17.7373956E), jem batonika i popijam colą.Czuję jak organizm powoli się resetuje.Nadal drogami bocznymi jadę do Prószkowa przez chwilę chowając się przed letnim deszczem w przystankowej wiacie.Później jeszcze Krapkowice i Zdzieszowice gdzie na kolejnym Orlenie wlewam w siebie espresso i dolewam kolejnej coli uzupełnianej zresztą po drodze w lokalnych sklepach.

Ze Zdzieszowic ruszam przez Leśnicę do Łąk Kozielskich, aby wbić się na szlak rowerowy ciągnący polami i zacząć najciekawszą część całej trasy pozwalającą odetchnąć od gorącego zaduchu – lasy ciągnące się aż do Rybnika dają mi wytchnienie.Przed Ujazdem zatrzymuję się na chwilę pod pomnikiem Powstańca Śląskiego (50.3782028N, 18.2821292E) i ostatecznie całkowicie zanurzam się w lasy, ciągnąc asfaltem przez Starą Kuźnię do Kotlarni z której już szutrem jadę do Rud a stamtąd lokalnymi szlakami rowerowymi przebijam się do Rybnika w którym u rodziny melduję się o godzinie 20:00 w centrum miasta.Po przyjeździe jem solidną kolację, robię prysznic i przepierkę ciuchów.Nazajutrz po pobycie na basenie pojadę rowerem z Rybnika do Kuźni Raciborskiej, gdzie skonsumuję wspaniałe lody włoskie i wpakuję się w pociąg do Wrocławia.

Krótkie podsumowanie: trasa bardzo fajna, idealna dla gravela ze względu na porcję dróg gruntowych (około 40 km na 200 km trasy), drogi puste, rzadko uczęszczane przez kierowców.Po drodze kilka ciekawych miejscowości, ładne widoki, zieleń lasów za Zdzieszowicami.Wyjeżdżając z Wrocławia o 7 rano można spokojnie dotrzeć do Rybnika na 18:00 i o 18:48 wrócić z przesiadką w Katowicach do Wrocławia pociągiem.Także polecam tę trasę wszystkim którzy niekoniecznie chcą robić wokół Wrocławia pętlę a mają ochotę na 200 kilometrów przejechanych w ciszy i spokoju.

Mapka ukazująca trasę:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.


CAPTCHA Image
Reload Image